Wspomnienie z Izabelina

(Wspólna Sprawa 12)

Zdzisława Guca

 

 

Moje pierwsze wspomnienie z Izabelina to piaszczysta droga, a przy niej opleciony dzikim winem dom z ciepłoczerwonej klinkierowej cegły przypominający dworek z kolumnami. Po drugiej stronie drogi rozciągało się wrzosowisko. Dziś to ulica Tetmajera. Dom otoczony starodrzewiem kupił mój dziadek z tęsknoty za Kresami. Kampinoskie sosny, brzozy i jałowce przypominały mu podwileńskie Ponary.

Dziadkowie cudem przeżyli rewolucję i postanowili osiedlić się jak najdalej od „bolszewii”, jak w domu określano ideologiczno-gospodarczy eksperyment komunizmu zbrodniczy dla tak wielu milionów ludzkich istnień. Po przyjeździe do odzyskującej niepodległość Polski dziadkowie najpierw wybrali Gniezno, które z okien pociągu witało ich wieżami tylu kościołów, że dziadek stwierdził: „nie mogą tam mieszkać źli ludzie”. Jednak ostatecznie tęsknota za Kresami przeważyła i zaowocowała posesją w Izabelinie.

Po latach ów dom postanowili odremontować i zasiedlić także moi rodzice. Ojciec obwiózł nas wtedy po nowej małej ojczyźnie: za Truskawiem mogiła powstańcza z 1863 roku, Palmiry, Lipków, Żelazowa Wola… Remont domu tak naprawdę nigdy nie został ukończony. Wprawdzie ojciec, absolwent przedwojennej Politechniki Warszawskiej, miał firmę budowlaną, jak się wówczas mówiło „prywatną inicjatywę”, ale był też przedwojennie uczciwy i nie chciał niczego „załatwiać”. Potencjalnym klientom na kręgi czy pustaki przychodzącym do niego w niedziele mówił, że jest to dzień święty, który należy święcić a nie poświęcać interesom. Nie pogodził się ze zmianą ustroju i pozostał niezależny od wszelkiej władzy. Odziedziczyliśmy z bratem tę postawę. Żadnych ZMS-ów ani PZPR-ów. Oczywiście na studiach nie mieliśmy punktów „za pochodzenie”, ani szans na stypendia.

Tak więc na terenie późniejszej bazy paliwowej KPN hasały zające, latem kąpaliśmy się w czystym stawie na końcu drogi, a gdy zamarzał zimą jeździliśmy na łyżwach. W naszym ogrodzie znałam każdą kępę trawy, wśród nich mieszkania trzmieli, na  drzewach gniazda ptaków i dziuple wiewiórek, na które polowały niewinne z pozoru koty sąsiadów. Zamiast modnych obecnie tui nasza posesja otoczona była żywopłotem z morw i dość kłopotliwych akacji, które świetnie dawały sobie radę na piachu i rozsiewały się niemiłosiernie jak chwasty, ale też cudownie pachniały w czerwcu zwiastując wakacje. W ogrodzie dojrzewały maliny, porzeczki, wspaniałe stare odmiany jabłek. Cenne witaminy, których nie trzeba było z Warszawy przywozić w siatach, tak jak niemal wszystko. Czasami drogą przejeżdżała furmanka z Truskawia, czyli obwoźny sklep z ziemniakami i innymi warzywami.

Przed zimą robiło się nerwowo, bo nie wiadomo było ile koksu i węgla uda się kupić, a na co dzień w pogotowiu były świece, bo a nuż znowu wyłączą prąd, a wtedy nie będzie pracował hydrofor, więc nie będzie też wody. Na szczęście, w odwodzie była zawsze własna studnia. Na przystanku czekało się na śmierdzące dieslem, spóźniające się PKS-y, które woziły nas po kocich łbach do Warszawy do szkoły od poniedziałku do soboty włącznie. Po powrocie, by się dotlenić brałam psa i wkuwając łacińskie deklinacje szłam w kierunku Lasek. To siostry z Zakładu uratowały mnie gdy miałam wypadek. Na karetkę z Warszawy czekaliśmy siedem godzin. Aby ją wezwać mama pobiegła do jednostki wojskowej, bo oczywiście jeszcze wtedy nie mieliśmy telefonu. Były to lata sześćdziesiąte.

W tamtych czasach Izabelin nie był jeszcze zalany asfaltem, a ludzie szanując wodę nie szaleli z pseudo-angielskimi trawnikami między sosnami. Dziś zastanawiam się, czy w warkocie kosiarek, sąsiedzkich i własnych, i w dymach grilla została jeszcze jakaś przestrzeń na ptaki, szum drzew i własne myśli. Ja całą wrażliwość na ludzi i przyrodę odebrałam z lekcji izabelińskiej, łącznie z wielką miłością do nart. Pierwsze zjazdy odbywały się na górce koło przystanku. W tym roku jeździliśmy niedaleko Adamello spotykając w schroniskach zdjęcia naszego najsławniejszego rodaka Jana Pawła II, który tam był w 1988 roku.

Z drogi w Izabelinie pełnej piachu a zimą śniegu powędrowałam do niemal wszystkich krajów Europy, Ameryki Północnej, Indii, Chin, Ziemi Świętej i Meksyku z Matką Bożą w Gwadelupe, dzisiejszą patronką parafii w Laskach. Modne jest teraz zawołanie: spełniaj swoje marzenia. Ja nie miałam żadnych konkretnych marzeń. Jak mogłam marzyć o czymś, czego nie znałam? W dorosłym życiu przychodziły różne wyzwania, a ja starałam się wypełniać przyzwoicie to, co do mnie należało. Tylko tyle i aż tyle. Gdybyż to zrozumieli różni tzw. fachowcy, zwłaszcza od polityki! Po latach mam wrażenie, że przez całe moje życie, także zawodowe, ciągle oświetlał mi drogę jasny promień zobaczonej w dzieciństwie na powitanie Izabelina figurki Madonny stojącej na wysokim cokole z cegły w rogu naszej posesji, u zbiegu Tetmajera i Siemiradzkiego, do której biegłam na wieczorny pacierz.

 

Autorka: Od 1973 roku dziennikarka i prezenterka radiowa i telewizyjna. W radiu występowała w Programie Pierwszym i Trzecim, m.in. w audycjach „Magazyn z kraju i ze świata” i „Muzyka nocą”, oraz nagrywała reportaże. W telewizji można ją było zobaczyć w „Studiu 8”, a w latach 1987-1991 w TVP współtworzyła i prowadziła „Panoramę Dnia” (fot. obok), za którą otrzymała nagrody Viktora i Złotego Ekranu.

 

 

NASZ CYTAT

  • kraju_Polan

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rekonstrukcje.jpg - 143.79 kb

 

 

 

 

 

DOBRE STRONY

Licznik odwiedzin

Odwiedza nas 27 gości oraz 0 użytkowników.

Dziś 7

W tym miesiącu 607

Od początku 67818