Joanna i Andrzej Gwiazda

Joanna Gwiazda: W latach 70-tych działaczka Wolnych Związkach Zawodowych Wybrzeża, w sierpniu ‘80 członek Prezydium i rzecznik prasowy Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej. W stanie wojennym internowana przez ponad 7 miesięcy. Redaktorka, dziennikarka i publicystka, autorka książki „Polska wyprawa na księżyc” (2001). W 2006 r. odznaczona Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski.

Adrzej Gwiazda: Uczestniczył w protestach w marcu ’68 i grudniu ’70, za co został usunięty z pracy naukowej na Politechnice Gdańskiej. W latach 70-tych współpracował z KOR i współzakładał WZZ Wybrzeża. W sierpniu ’80 członek prezydium MKS w Stoczni Gdańskiej, współtwórca i wiceprzewodniczący NSZZ „Solidarność”, jeden z dwóch zastępców Lecha Wałęsy. Po wprowadzeniu stanu wojennego kilka lat więziony w ciężkich warunkach. W latach 86-89 członek Komisji Krajowej „Solidarności”. W 2006 r. otrzymał Order Orła Białego i został powołany do Kapituły Orderu, z której odszedł w 2010 r. protestując przeciwko odznaczeniu Adama Michnika.

Państwo Gwiazdowie: współautorzy 21 postulatów strajkowych w sierpniu ’80, honorowi obywatele miasta Gdańska, bohaterowie wywiadu-rzeki "Gwiazdozbiór w Solidarności" (2009) i małżeństwo od 53 lat.

 

Rozmowy o Polsce przy ognisku

Pogadanka "Rozmowy o Polsce przy ognisku" w Izabelinie na Polanie Jakubów 22 czerwca 2013 r.

 

JOANNA GWIAZDA

Oparcie i ratunek dla patriotyzmu, odrodzenia i polskości jest na prowincji. Tam ludzie są mniej atakowani tymi ciągłymi informacjami, newsami, rozgrywkami między Schetyną, Tuskiem, Gowinem, kimś tam. Na ogół mają znacznie zdrowszy i sensowniejszy pogląd na to, jaka jest sytuacja. Gdy mówimy, że np. Podkarpackie to jeden z najciekawszych i najlepszych regionów, wszyscy się dziwą, bo Podkarpacie jest uważane za ciemnogród. W takich miejscach mniejsze jest też zainteresowanie robieniem kariery przy pomocy sztucznych podpórek, takich jak urzędy, władze i partie. Tam ludzie wiedzą, że muszą sobie radzić. Jeżdżąc po Polsce zauważamy też inne bardzo korzystne zjawiska. Przetrwały lub rozwinęły się polskie firmy, których właściciele świadomie robią interesy w oparciu o miejscowych pracowników i kontrahentów. Ludzie nawiązują też między sobą kontakty gospodarcze bez pośredników, np. kupują produkty rolne od producenta. Wiem, że w Izabelinie też to działa. To jest ochrona przed kryzysem.

Wielu naszych znajomych pracuje naukowo albo studiuje. Z rozmów z nimi wiemy, że renomowane uczelnie w wielkich miastach są znacznie słabsze niż wiele szkół, o których nigdy bym nie pomyślała, że zdołały dojrzeć do ciekawej pracy naukowej. Dla przykładu, moja koleżanka znajduje ciekawe opracowania w szkołach w Rzeszowie, Bielsku-Białej, Koszalinie. Pewien chłopak, który uzyskał licencjat z wychowania fizycznego w Nowym Sączu i studiuje na Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, opowiada, że tam wymagają jedną dziesiątą tego, czego uczył się w Nowym Sączu. Więc odrodzenie nauki i środowisk akademickich też zaczyna się od prowincji.

Z drugiej strony, powszechnie mówi się, że młodzież chce tylko wyjechać. Chcę Państwa zapewnić, że trafiamy na grupy i środowiska, które mówią „nie, to nasz kraj i my tu zostaniemy”. Bardzo pozytywne postawy obserwujemy wśród kibiców piłki nożnej. Np. klub kibiców Lechii Gdańsk „Lwy Północy” zaprosił nas na ognisko w rocznicę Powstania Styczniowego. Wymyślili je sobie na Gradowej Górze nad gdańskim dworcem kolejowym. Była niesamowita zima, minus dwanaście stopni, ale fantastycznie wszystko zorganizowali i atmosfera była wspaniała. Zaprosili specjalnego gościa, mój mąż był w stroju z epoki, grochówkę jedliśmy z menażek wojskowych, a na koniec były pokazy. Przyszły całe rodziny. Na młodzież, która te rzeczy wymyśla i organizuje, można naprawdę liczyć. Oni nie są podatni na prostą propagandę w stylu głosujcie na PiS albo coś innego. Najcenniejsze jest to, że nie mają partyjnego podejścia do patriotyzmu. Doskonały film „Bunt stadionów” oddaje sprawiedliwość tym środowiskom.

Dużo dzieje się też w literaturze, pojawia się coraz więcej książek, które warto przeczytać. Polecam książkę Maryny Miklaszewskiej „Poznałam kiedyś prawdziwego hipstera”. To doskonała powieść, w dodatku optymistyczna. Nie można czytać tylko odzew do umęczonego narodu. Po ataku Hajdarowicza na „Uważam Rze” większość naszych znajomych kupuje „W sieci”, „Do Rzeczy”, ich dodatki o historii. Jest coraz więcej filmów dokumentalnych i historycznych, które warto zobaczyć. To wszystko zaczyna tworzyć jakąś tkankę narodu, tkankę społeczną, powiązania niezbędne do jakichkolwiek zmian. Dyskusja społeczna i polityczna jest bardziej otwarta i to dobra prognoza na przyszłość. Nie trzeba przejmować się tym, że są różne poglądy i ludzie się kłócą. Dużo kłótni wynika z podejścia „my jesteśmy ważniejsi, pierwsi, jedyni”. To są zjawiska naturalne, choć dla mnie niezrozumiałe, bo należy cieszyć się z każdego wsparcia. Arka Noego z tymi wszystkimi, którym nie podoba się III RP, musi być różnorodna. Najważniejsze to utrzymać właściwy kierunek i po drodze nie walić się wiosłami po głowach.

Przy okazji chciałabym polecić zbiór moich felietonów „Krótki kurs nowomowy” wydany przez Stowarzyszenie „Obywatele Obywatelom”. One nie wszystkim są na rękę, ale w dyskusji publicznej nie wszystko wszystkim musi się podobać. Wstęp napisał prof. Zdzisław Krasnodębski, do którego mam ogromny szacunek i sentyment od momentu kiedy spotkaliśmy się w namiocie Solidarnych 2010 na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej. Mojego męża i prof. Krasnodębskiego zaprosił tam Jan Pospieszalski. To był moment, kiedy władza próbowała zakrzyczeć pytanie, czy to mógł być zamach, pytanie oczywiste w takiej sytuacji. We współczesnym świecie wystarczy, że spadnie jakaś awionetka albo wywróci się autobus, to pierwsze pojawia się pytanie, czy to był zamach. W Polsce tego pytania nie można było zadać. Pan Krasnodębski i mój mąż po prostu mówili, że trzeba to zbadać, żeby zamach wykluczyć albo niewykluczyć, i Pospieszalskiego wyrzucili za to z telewizji. Do dziś sytuacja wygląda tak, jakby wszyscy gdzieś z tyłu głowy mieli odpowiedź na pytanie, co stało się w Smoleńsku. Z tego powodu każdego 10-go w wielu miastach idą marsze pamięci. Największe znaczenie ma to, że idą w całej Polsce, np. w Warszawie, Gdańsku, Sopocie, Legnicy, Nowym Sączu, Bolesławcu. Ludzie nie dali się zastraszyć ani poniżyć i to też jest dobrą prognozą na przyszłość.

Absolutnie nie podzielam opinii, że jakby PiS zrezygnował ze Smoleńska, to więcej można by mówić o gospodarce. Można mówić o wszystkim, i o gospodarce, i o potrzebie wyjaśnienia tej tragedii. Natomiast rezygnowanie z kwestii Smoleńska, bo ona nie podoba się części społeczeństwa, wydaje mi się absolutnym błędem. Jeżeli założymy, że PiS wygra na przemilczeniu Smoleńska, to jakim narodem będzie rządzić? Jeśli np. kiedyś Polska odmówiłaby spłaty nienależnej części długu, a tak na świecie robią niektóre państwa, rządy i samorządy, to przywódca Polski będzie musiał wiedzieć, że ma za sobą świadome społeczeństwo, a nie ludzi chowających głowy w piasek.

 

ANDRZEJ GWIAZDA

Niezależnie od tego, czy katastrofa smoleńska była wynikiem zamachu, czy zaniedbań, jej powody były polityczne i uciekanie od tego wątku prowadzi na manowce. W sprawie Smoleńska już odnieśliśmy zwycięstwo w postaci marszów pamięci, mimo że tylko część Polaków bierze w nich udział. Są one sposobem na dodanie sobie otuchy i odwagi, ale również apelem do tej części, która woli siedzieć w domu. Są pokazaniem, że są tacy, którzy się nie boją, choć z drugiej strony nie potrafię wykazać, czego boją się ci, którzy na marsze nie chodzą. Przypomina to czasy komuny, kiedy emeryci chodzili na wybory, bo bali się, że zabiorą im emerytury. Wtedy też ludzie bali się dać świadectwo swoim poglądom i prawdzie, stając się w ten sposób współpracownikami przeciwników.

Ostatecznie w wyniku oporu i ciągłego dawania świadectwa w sprawie Smoleńska przypuszczalny autor tej katastrofy musiał powołać zespół do przetłumaczenia na polski raportu Anodiny. Szef tego rządowego gremium publicznie przyznał, że badanie przyczyn katastrofy było fałszowane. Potwierdził, że części samolotu były przenoszone, ale nie badane, czyli nie było śledztwa. W ten sposób oficjalnie przyznano, że pogwałcono Konwencję Chicagowską, a szczególnie Załącznik 13, który na państwo prowadzące śledztwo nakłada obowiązek zebrania wszystkich części i ułożenia z nich samolotu. Jest to więc poważny argument dla wszystkich niedowiarków i tchórzy, w dodatku podany przez zespół Platformy.

W dyskusji o Smoleńsku zapominamy o jeszcze innym ważnym argumencie. Po katastrofie Tusk rozmawiał z Putinem przez telefon godzinę, choć na wyrażenie kondolencji wystarczy kilka minut. Nie wiemy, o czym rozmawiali, ale nawet przez szyfrowany telefon pewnych rzeczy nie mogli powiedzieć, więc obaj udali się do Smoleńska i rozmawiali w szczerym polu pod namiotem, czyli w warunkach wykluczających podsłuch. Premier Polski rozmawiał z premierem państwa ościennego w ścisłej tajemnicy i nie opublikowano z tego żadnej informacji. W Polskim Trybunale Konstytucyjnym i Sądzie Najwyższym to powinno być uznane za zdradę stanu. W Solidarności mieliśmy pretensję do Wałęsy gdy rozmawiał z Jaruzelskim po cichu i o mało nie doszło do konsekwencji. Teraz mamy powtórkę.

Premier Tusk jest zresztą jedyną osobą, która publicznie oskarżyła Rosję o spowodowanie katastrofy. Powiedział ”albo będziecie mieli prawdę bez wojny, albo wojnę bez prawdy”. Jako to rozumieć? Polska Rosji wojny nie wypowie, bo nie ma armii. Całą polską armię można na jednym stadionie pomieścić. To zdanie należy zatem przetłumaczyć tak: „jeżeli będziecie dopominać się prawdy, Rosja odpowie wojną”. Jest to bezpośrednie wskazanie Rosji jako sprawcy. Zdumiewające, że Rosja na to oskarżenie nie zareagowała. Mamy cały szereg takich przejęzyczeń lub uników, które pokazują, co się naprawdę stało. Jeśli idzie o kwestię wybuchu na pokładzie, na który wskazuje coraz więcej wyników badań, skoro dotychczas ataku rakietowego nikt nie zarzucił i nic na to nie wskazuje, to znaczy, że ładunek musiał być założony przed startem i źródeł katastrofy trzeba szukać w Warszawie, a nie w Smoleńsku. Natomiast na Rosji ciąży niepodważalny zarzut fałszowania śledztwa, czyli ukrywania faktycznych sprawców.

Przez wiele lat byliśmy oszukiwani także w innych sprawach. Ukrywano np. podstawową prawdę, że odrzucenie marksizmu i przekształcenie sekretarzy i generałów w kapitalistów planowano na długo przed „Solidarnością”. W tej chwili jest wystarczająca ilość dokumentów, dzięki którym możemy z całą pewnością powiedzieć, że już w 68’ roku w partii i służbach specjalnych zaczęto przygotowywać proces odejścia od marksizmu i przejścia na uwłaszczenie komunistycznej nomenklatury. Na przygotowanie tego mieli dwanaście lat i w roku 80’ uznali, że już są przygotowani. W czasie strajku nie mieliśmy wątpliwości, że jest on prowokowany, podobnie jak w całej Polsce. Na wybrzeżu od dwóch lat już działały Wolne Związki Zawodowe i wiedzieliśmy, że wezwać do strajku nie jest łatwo. Ten, kto rzuca takie wezwanie, bierze na siebie moralną odpowiedzialnośćza to, co stanie się ze strajkującymi. Nasze wahania, czy ogłosić strajk, przerwała bezpieka zwalniając Anię Walentynowicz, czyli wymuszając na nas obronę koleżanki w myśl podstawowych zasad WZZ. Podczas strajku pokazałem dyrektorowi plik ulotek i powiedziałem, że opozycja ich nie drukowała, bo nie miała takich maszyn drukarskich. Ulotki były zrzucane z helikoptera, którego opozycja też nie miała. Strajk został sprowokowany.

Czy zatem któryś moment historyczny możemy uznać za upadek komunizmu i zwycięstwo „Solidarności”? Niemcy twierdzą, że najważniejsze jest obalenie muru berlińskiego, a nie „Solidarność”. Czy komunizm upadł, gdy Jaruzelski został prezydentem? Albo gdy Wałęsa został prezydentem? Albo gdy Wałęsa zaakceptował referat Kiszczaka? Okrągły Stół zaczął się od tego, że generał Kiszczak wygłosił treściwy 20-minutowy referat, na co Wałęsa wstał i powiedział bez zastanowienia „przyjmuję wszystko co pan generał powiedział”. Nie zauważyliśmy, że w ‘86 roku Gorbaczow wycofał doktrynę Breżniewa o ograniczonej suwerenności krajów satelickich, czyli Polska otrzymała gwarancję, że Związek Radziecki nie będzie ingerował, a więc otrzymała niepodległość. Ówczesne polskie kierownictwo przez trzy lata udawało, że tego nie wie,

Jaki był cel opuszczenia marksizmu przez marksistów? Oczywiście materialny. Ludzie KGB, SB i innych służb byli przekonani, że się na tym wzbogacą. W ‘68 roku pewna bardzo znana postać, której nazwiska nie mogę powiedzieć, bo jej papierów w archiwach już nie ma, podpisywała zobowiązanie do współpracy. W czasie rozmowy werbunkowej, z której przez jakiś czas zachowała się taśma, padło zdanie „dostaniecie czasami w mordę, ale to wam się opłaci”. Na tej zasadzie werbowano agenturę, która miała pewną ważną cechę. Do roku ‘68 najlepszymi kandydatami byli zwolennicy komunizmu, bo można im było mniej płacić. Ale kiedy postanowiono, że służby będą organizować proces porzucenia komunizmu, zmieniły się preferencje i najcenniejszymi agentami stali się antykomuniści, bo oni wchodząc w system likwidacji komunizmu byli gotowi pracować także za niższe ceny. To tłumaczy częste zdziwienie, że agentem był taki czy inny antykomunista. Właśnie tacy byli potrzebni. Później w okresie transformacji zgubił nas także nasz antykomunizm, czyli brak własnego programu i wyobraźni jak chcemy Polskę urządzić. Gdy Gorbaczow w ‘86 a później komuniści przy Okrągłym Stole powiedzieli „komunizm to my likwidujemy”, opozycja była po prostu bezradna, została sama na placu boju. Była „anty”-komunistyczna, ale nie była „za” czymkolwiek. Ludzie posługujący się tylko identyfikatorem „anty” nic nigdy nie tworzą.

Pozostaje jeszcze sprawa niepodległości. W stanie wojennym przy rozpadzie Solidarności powstało mnóstwo organizacji, które uważały, że niepodległość to najbardziej radykalne i najważniejsze hasło, a one są polską awangardą. Poniekąd były. Jednak jak to widzieli komuniści? Kilka lat przed końcem I wojny światowej pruski polityk von Ludendorff powiedział, że wkrótce Prusy osłabną na tyle, że Polsce będą musiały przyznać niepodległość, bo inaczej zaplączą się w kolejne problemy nie do wygrania. To samo wiedzieli komuniści – jeśli będą robić w Polsce pierestrojkę, muszą ogłosić niepodległość. Jednak niepodległość jako antykomunizm nie miała programu i wizji i kiedy Kiszczak czy Jaruzelski nagle powiedział, że Polska jest niepodległa, a jeszcze orzeł dostał koronę i żołnierz rogatywkę, wszystkie ośrodki niepodległościowe siadły i nie wiedziały co dalej. Zafundowano nam tylko symbole bez treści, tak jak przez siedem lat po stanie wojennym wyprano z treści słowo „Solidarność”. Zostało pustym szyldem, który można było zawiesić na czymkolwiek. W końcu zawieszono na organizacji twierdzącej, że pierwszy milion trzeba ukraść, że polityka nie ma być uczciwa, tylko skuteczna, i że bezrobocie jest konieczne.

Działaliśmy w warunkach wyjątkowo niesprzyjających i daliśmy sobie narzucić język i pojęcia przeciwnika. W sytuacji totalnego zmanipulowania nie mieliśmy propozycji np. na przeciwstawienie się Niemcom, a nawet mitowi muru berlińskiego. Kazał Wałęsa głosować na Unię Wolności, tośmy głosowali. W kolejnych wyborach wilcze bilety dostały AWS i ZChN i ani jeden członek formacji chrześcijańskich nie wszedł do Sejmu. W 2005 roku był jeszcze zryw, ale zbyt mały. W tej chwili na kompletnych gruzach mentalności, świadomości, patriotyzmu i gospodarki zaczynamy wszystko od nowa. Nasza walka nie skończyła się.

Trudno też nie poświęcić kilku zdań ważnej części społeczeństwa, jaką są „lemingi”. Te prawdziwe lemingi żyjące w Norwegii to takie śmieszne myszy, często łaciate, które od czasu do czasu popełniają zbiorowe samobójstwo. Prawdopodobnie gdy rozmnożą się nadmiernie, tak że zimy nie mogą przetrzymać, idą na zachód ławą tak dużą, że ze dwa dni trzeba czekać, aż przejdą. Wszystkie idą na brzeg morza i z urwistej skały skaczą. Z boku wygląda to tak, jakby ptaki się kotłowały, a to lemingi lecą do morza. Stąd wzięło się to przezwisko naszych „młodych, wykształconych, z dużych miast”, którzy wierząc ślepo władzy idą na ekonomiczne i społeczne samobójstwo. Jednak myślę, że mają więcej rozumu od myszek i kiedyś się połapią, że idą do urwistej skały, a wtedy znajdą się w naszych szeregach.

Wracając do tematu Polski prowincjonalnej, mieliśmy też spotkania w małych wioskach w salkach parafialnych, gdzie przychodziła połowa wsi. Poziom pytań i odbioru nie różnił się od poziomu wielkich miast, choć przychodziła połowa mieszkańców, a w miastach ułamek procenta. Na czym polega różnica? Ci, którzy pozostali na wsi, nie porzucili swojej kultury, swojego miejsca osadzenia, nie wstydzą się tego, że są na wsi, zachowują zdolność analizy i myślenia, a w dobie internetu nie brakuje im łączności z innymi myślącymi. Natomiast co dzieje się z tymi młodymi, którzy z wiosek uciekają do wielkich miast? Ja pamiętam jeszcze czasy, gdy w buty wkładało się onuce i słomę. Wydawałoby się, że ci młodzi już tego nie pamiętają, ale przyjeżdżając do miasta zachowują się tak, jakby cały czas z przerażeniem patrzyli, czy im ta słoma z butów nie wystaje, i to jest motor napędowy ich mentalności. Oni czują tę słomę, są przerażeni, że im z butów wylezie, mimo że buty są od Gucciego, i robią fikołki żeby strach przed tą słomą zagłuszyć.

Oprac. M. Gizmajer

 

NASZ CYTAT

  • kraju_Polan

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Rekonstrukcje.jpg - 143.79 kb

 

 

 

 

 

DOBRE STRONY

Licznik odwiedzin

Odwiedza nas 45 gości oraz 0 użytkowników.

Dziś 7

W tym miesiącu 457

Od początku 70482